Interesuje mnie wszystko co jest związane ze stylem życia: wystrój wnętrz, design, moda, kuchnia, sposób spędzania wolnego czasu i sposób spędzania czasu z dziećmi. Uwielbiam stare domy, stare przedmioty, stare meble, w które można tchnąć nowe życie i stworzyć je na nowo w zupełnie nowej formie i stylu.
piątek, 07 marca 2014

Byliśmy w Tajlandii pięć lat temu, między innymi odwiedziliśmy wtedy wyspę Phuket i odebrałam ten kraj jako oazę spokoju; od ludzi emanowała delikatność i dystans, nikt nikogo nie zaczepiał i nie nagabywał. Było egzotycznie, pełno ludzi z wózkami z jedzeniem, pełno straganów z jedzeniem przy ulicy i bardzo tanio! Stragany z rękodziełem, ciuchami i innym badziewiem były w każdym małym miasteczku.

Zmieniło się bardzo, bardzo wiele. Trudno się dziwić, wszystko się zmienia tylko trochę atmosfery żal.

Obecnie:

Zaczęło się nagabywanie jak w całej reszcie turystycznego świata :( na korzyść Tajów przemawia fakt, że nie są natrętni, wystarczy ukłon i podziękowanie i odchodzą. Nie łapią, nie przekonują i nie naciągają.

Jest wszechogarniający plastik i tandeta. Nie ma już klapek z trawy morskiej, nie ma już drewnianych naczyń, wszystko wypiera plastik, guma i made in china. Żal!

Poznikały straganiki :( są pojedyncze na plaży oferujące naleśniki albo owoce i napoje ale te prawdziwe wycofały się na tyły, funkcjonują tylko wśród swoich, widocznie turyści nie bardzo jedli jedzenie "do ręki" a to kwintesencja tej kuchni. Zabawną scenkę zaobserwowaliśmy w knajpie: siedzimy i czekamy na jedzenie a tu pojawia się babina z koszykiem i zasuwa na zaplecze do kuchni i okazuje się, że ona przyniosła domowe jedzenie dla kucharzy! kurcze to czym oni nas karmią?

Na plażach pojawiły się inne straganiki a raczej ludzie z koszami, którzy sprzedają po zmroku masę badziewnych świecących zabawek, kocie uszka, lasery i inne bezsensowne rzeczy, sprzedają też petardy i lampiony chińskie.

W miastach rosną jak drożdże centra handlowe! Centra handlowe pękają w szwach, na parkingach brakuje miejsc. Współczesne świątynie. A obok rosną zamknięte osiedla. I tak umiera kolejna oryginalna kultura.

Trochę przeraża mnie globalizacja świata. Coraz mniej jest zakątków w których można się poczuć jak w zupełnie innym świecie. W sklepie hotelowym były żelki śmiejki :), ludzie na basenie czytali te same książki, tylko w różnych językach (króluje "Pięćdziesiąt twarzy Greya" :) i najnowszy Brown ) Prawie na całym świecie można na śniadanie zjeść smażony bekon a na obiad hamburgera lub pizzę. Aaaaaa.... Ratunku!

Podczas naszych pierwszych wakacji w Tajlandii odwiedziliśmy to samo miejsce i spodobało nam się na tyle żeby sprawdzić jak tu jest po kilku latach. Jest to typowo edukacyjna wycieczka pokazująca w pigułce naturalne bogactwa Tajlandii. 

Można spróbować tajskiej kawy i herbaty.

herbata

Pokazują trochę historii rolnictwa, czyli wół zaprzęgnięty do brony :), jako atrakcja przejażdżka na wozie ciągnionym przez wołu.

wół

Poznaje się sposób uprawy i rodzaje ryżu. Jest czerwony którego nie znam i nigdy nie jadłam.

(Teodor próbuje wyłuskać ryż za pomocą jakiejś starodawnej młockarni)

ryż

Można zapoznać się z procesem produkcji mleka kokosowego, śmietanki kokosowej i oleju kokosowego. I jak się ma szczęście i siedzi się w pobliżu pani robiącej pokaz to dostaje się do wypicia wodę z orzecha kokosowego :)

Jest demonstracja ucierania pasty curry a potem degustacja dla chętnych.

Można przyjrzeć się jak wyglądają tamtejsze rośliny uprawne i zioła.

Zapoznaje się ze sposobem uzyskiwania i obróbki kauczuku.

I co najfajniejsze: słoniowe przedszkole i sztuczki wykonywane przez małe słoniątka oraz przejażdżka na słoniu.

słoń

Na zakończenie przejażdżki można podziękować swojemu przewoźnikowi karmiąc jego słonia owocami, no i oczywiście zdjęcia i przytulaski na dowidzenia.

a oto info o "naszym" słoniu:

słoń

Na koniec poczęstunek złożony z typowo tajskich potraw.

Na wyspie jest ich dużo - kilka?, kilkanaście? może nawet kilkadziesiąt

Świątynie są niesamowite, przekracza się ich próg i ze zgiełku i brudu trafia się w niesamowity spokój, równowagę, porządek. Dookoła uśmiechnięci ludzie, pozdrawiają się i wszystkich nieznajomych. Byłam oczarowana. Uwielbiam takie oderwane od rzeczywistości miejsca, pełne harmonii i otulone zapachem kadzidła.

świątynie

Estetyka trochę odmienna od europejskiej ale to złoto i te bajkowe kolory wprawiają w czarowny nastrój, jakby człowiek znalazł się w baśni.

Może się zdarzyć, że będą problemy z wejściem do świątyni z nagimi ramionami, warto mieć jakiś szal albo krótki rękaw.

czwartek, 06 marca 2014

Nie bardzo przed wyjazdem mogłam znaleźć co na Phuket jest warte zobaczenia. Oczywiście wszystkie informacje ograniczały się do plaży Patong i miasta Phuket. Żadnej wzmianki nie znalazłam na temat ciekawostek przyrodniczych, szlaków pieszych czy edukacyjnych.

Wszystkie informacje zdobyłam dopiero dzięki mapie kupionej na miejscu i dzięki geocachingowi, bo skrytki zazwyczaj są w pobliżu ciekawych miejsc.

W taki sposób trafiliśmy np. na plażę żółwi, miejsce, w którym żółwie składają jajka i od października do lutego wykluwają się tu maleńkie żółwiki. Niestety nie widzieliśmy żółwika ale za to mieliśmy okazję zjeść lunch na puściutkiej plaży, ponieważ należy ona do parku narodowego i wokół nie ma żadnych hoteli.

plaża

Wszędzie po plażach ganiają maleńkie kraby. Jest ich mnóstwo.

krab

Natknęliśmy się też na coś takiego.

coś

W innej części wyspy, trafiliśmy na farmę orchidei.

orchidee

Zupełnie przypadkiem zauważyłam na mapie dwa wodospady i pojechaliśmy w ich okolice "w ciemno" Okazało się że jest to bardzo fajne miejsce, ze ścieżką edukacyjną w dżungli. Nasze dziecko uwielbia wędrówki po lesie więc był bardzo podekscytowany, że może łazić po lesie tropikalnym. Ja prawdę mówiąc bałam się żmij, bo byliśmy w klapeczkach :) ale żadnej nie spotkaliśmy.

dżungla

W jedzeniu w egzotycznych krajach najfajniejsze jest to, że tak naprawdę nie wie się co się je. Kupując na straganie zazwyczaj nie da się dopytać co dokładnie kupujemy i nasze oczy mówią nam czy warto tego spróbować, tak też było z naszymi zakupami na dosyć osobliwym targu, który znajduje się za mostem łączącym wyspę Phuket ze stałym lądem. Byłam niepocieszona bo nie było tam robaków a pamiętam, że niektóre uprażone w karmelu są całkiem niezłe.

Co było?

Przede wszystkim różnej wielkości suszone w całości rybki. Najmniejsze wyglądały jak grube wiórki kokosowe. Takie rybne chipsy.

ryby

Były też całkiem spore ryby, suszone po wypatroszeniu, posypane sezamem. Strasznie twarde. Gdzieś widziałam że wrzuca się je do zup i gotuje.

ryby

Było coś. Wyglądało jak pisklaki? Nie odważyliśmy się kupić i spróbować.

coś

Najlepsze moim zdaniem są suszone kalmary. Można je kupić jako przekąskę również w zwykłych sklepach, są pocięte w paseczki i zazwyczaj doprawione na bardzo ostro.

Popularne są również suszone krewetki, które dodaje się np. do sałatki z papai.

ryby

ryby

Nakupiliśmy tego cały wór :). Wieczorami żuliśmy kolejne gatunki do czasu aż mój mąż rozgryzł niewinnie wyglądającą rybkę a ze środka wypadły ruszające się robaczki i wyfrunęła muszka. Wszystko poszło w kubeł.

Ale krewetki i kalmary przyjechały do Polski.

W tym roku w czasie zimowych ferii wyruszyliśmy na nieco dalszą podróż niż zazwyczaj, do Tajlandii. Nie była to pierwsza nasza wizyta w tym kraju, więc mamy bardzo dużo obserwacji wynikających z porównań: dziś - kiedyś.

Miały to być wakacje wypoczynkowe, więc ograniczyliśmy się do wyspy Phuket i wycieczek w jej obrębie.

Główny nasz cel to było jedzenie. Najeść się tym co już znamy i lubimy oraz spróbować jak najwięcej egzotyki, podpatrzeć i posmakować jak miejscowi przyrządzają znane już na całym świecie potrawy.

Restauracji, knajp, bud z jedzeniem jest mnóstwo, można wybierać ale co ciekawe większość restauracji w miasteczkach oferuje jedzenie europejskie, nawet nadmorskie knajpy mają w swojej ofercie hamburgery, spagetti i pizze. I ludzie to jedzą :) Jeszcze kilka lat temu widzieliśmy tam tylko tajksą i chińską kuchnię. Oczywiście oferta tajskich dań jest spora i dosyć tania jak na nasze warunki i raczej smaczna. Zazwyczaj jest kilka zup na bazie mleka kokosowego i nie tylko, sporo owoców morza: dość tanie ryby, kalmary, trochę droższe krewetki i kraby. Bardzo fajne dania mięsne z ziołami np. z tajską bazylią, która jest zupełnie inna w smaku i nasz hit! - sałatka z zielonej papai, jedliśmy ją dwa razy dziennie do wszystkich dań. Trochę niefajne jest to, że prawie wszędzie podają sosy z butelki i prawie wszędzie traktują turystę jako niezdolnego do zjedzenia ostrych potraw.

Żeby zjeść naprawdę tajskie i ostre rzeczy oraz sos przyrządzony w kuchni trzeba zapuścić się do nieciekawie wyglądających budek w centrum miasta, tam gdzie jadają tubylcy. Zazwyczaj jest kilka dań do wyboru, przeważnie coś w rodzaju gulaszu w którym znajduje się "niewiadomoco" i to są rzeczy piekielnie ostre!

kuchnia

jedzenie

Oczywiście osobnym tematem są owoce. Jest w czym wybierać i nawet na śniadaniach hotelowych można się do woli najeść ananasów, papaji, arbuzów, mango i czego dusza zapragnie. Oprócz duriana :) rzecz jasna, bo durian śmierdzi. Duriana kupiliśmy sobie oczywiście sami i rozprawiliśmy się z nim na naszym hotelowym balkonie. Był niezbyt dojrzały więc nie śmierdział zbyt intensywnie i jego smak był mniej budyniowy a bardziej orzechowy.

Mnie bardzo interesowały słodkości i namiętnie kupowałam różne dziwnie wyglądające rzeczy.

słodycze

Takim bardzo popularnym deserem jest słodki ryż z mango, kolejne są naleśniki z bananem w środku, w liściach bananowych jest "uklejka z ryżu z owocem w środku a te zielone kwadraciki to coś w rodzaju grudkowatej galaretki, są jeszcze takie białe pulpeciki, chyba zrobione z mąki ryżowej, smakują jak słodkie kluski śląskie :)

Sklepowych słodyczy też spróbowałam

cuksy

Żelki o egzotycznych smakach, puding z mleka kokosowego (dla mnie rewelacja) i ciastka ryżowe umiarkowanie atrakcyjne.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

W drugi dzień świąt nagle rozchorowała się nasza ukochana suczka Bela. Tego samego dnia była operowana i wiadomo już było, że jej stan jest bardzo poważny. Noc spędziła w domu ale nie mogła dojść do siebie po operacji. Spędziłam noc doglądając jej i za każdym razem miałam wrażenie, że jest coraz gorzej. Rano podaliśmy jej kroplówkę co ją chwilowo ożywiło na tyle, że zaczęła się rozglądać po domu i leżąc machała ogonem. Zgodnie z zaleceniem weterynarza Norbert zawiózł ją na transfuzję krwi ale prawdę mówiąc zdawaliśmy sobie sprawę, że jest bardzo źle. Badania w klinice potwierdziły, że stan psa jest fatalny i postanowiliśmy, że pozwolimy jej odejść.

Belka była z nami 12 lat. Była niezwykłym labradorem. Ćwiczyła ratownictwo wodne, brała udział w zawodach i zdobywała kolejne certyfikaty. Fantastycznie skakała do wody. Była niezwykle myślącym i inteligentnym psem. Nieraz zaskakiwała nas swoimi pomysłami na sztuczki, które miały oczywiście na celu zdobycie kolejnego smakołyka.

bela

bela

bela

Żegnaj szalony psie.

22:54, ani_anka
Link Komentarze (1) »

Na początku grudnia odeszła moja babcia w wieku 90 lat. Babcia była mi bardzo bliska ponieważ w dzieciństwie spędzałam u niej w domu dużo czasu. Mogłam tam do woli grzebać w starych ciuchach, szmatkach, guzikach. Potem jako dorosła wynajdowałam w jej domu coraz to nowe "skarby", którymi urządzałam swój dom. Moja babcia była również autorką pająków, które prezentowałam kiedyś na swoim blogu i które do dzisiaj wiszą u mnie w domu.

22:10, ani_anka
Link Komentarze (3) »

Jakoś los ostatnio mnie i mojej rodziny nie oszczędza. Gdybym chciała być optymistką mogłabym powiedzieć inaczej: mam ostatnio wiele okazji do rozwoju osobistego.

Po pierwsze pojawiły się problemy związane z remontem, kto ich nie ma, kto podjął się tak szalonego czynu? Staram się cały czas patrzeć na to z dystansem ale czasem sił mi brak i w związku z tym zaangażowanie w tego bloga znacznie spadło.

Jakiś miesiąc temu pojawiły się w naszym stadzie dwa nowe psy. To bynajmniej nie było niefortunne zdarzenie ale jednak niemałe wyzwanie. Psy są u nas na "tymczasie", bo należą do mojej przyjaciółki, która wyjechała na dłużej.

Oto Fuks.

fuks

Oto Daisy

Daisy

Kolejne zdarzenia wymagają osobnych wpisów i niestety są smutne.

22:08, ani_anka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 października 2013

Coroczny rytuał pisania listów do Mikołaja został dopełniony. Potem była rozmowa z moim dzieckiem (lat 7) czy Mikołaj istnieje naprawdę. Opowiedziałam mu legendę o Mikołaju i powiedziałam, że robimy prezenty na pamiątkę. Niby zrozumiał ale zachowuje się tak jakby nadal wierzył w Mikołaja. Hmm...?

listy

To samo z Wróżką Zębuszką :), czy ona istnieje naprawdę? Córka znajomych wkurzyła się strasznie jak dowiedziała się, że to wszystko ściema. Prawdę mówiąc nie wiem co z tym zrobić? Zachwyt dziecka jest uroczy ale dylemat mam czy nadal ciągnąć te rytuały.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19